Followers

środa, 3 września 2014

Jesień, jesień, to czuć po prostu

choć dzień dzisiejszy piękny jest, słoneczny

to, że jesień, widać także po ilości grzybów:
No tak, ta była wyjątkowa i to prawie same prawdziwki.

Parę nowych, choć drobnych robótek ukończonych, na przykład druga haftowana poduszka (choć w obu brakuje mi jeszcze drugiej strony), na razie kombinuję, jak to zrobić.
Do tego jeszcze poduszka szydełkowa, właściwie z recyclingu, bo ta turkusowa włóczka jest ze sprutego bawełnianego swetra. Poniżej dwie strony poduszki, bo różnią się nieco zestawieniem kwadratów.
Zrobiłam również pewną ilość sznurkowo-koralikowych naszyjników, które tak szybko rozdałam, że nie zdążyłam praktycznie sfotografować. 
Ale jeden, zrobiony ze sznurka i muszelek - ostał się na fotografii.
A będąc w domku na działce, sfotografowałam moje hafty krzyżykowe sprzed lat bodaj 20-tu - dokładnie nie pamiętam, ale coś koło tego.

Czeka mnie trudna jesień, w kazdym razie nie wiem do końca, co mnie jeszcze czeka.
No ale jak zwykle uspokojenie znajdę w robótkach. 


wtorek, 5 sierpnia 2014

Ileż to już lat


nie haftowałam niczego haftem krzyżykowym, choć kiedyś zdarzało mi się i to. Miałam takie przekonanie, że jest to dla mnie bardzo wyczerpujące, bo wymaga dużej koncentracji, skupienia się      nad wzorem, wpatrywania się, a w razie pomyłki lepiej nie mówić.

I nagle zapragnęłam coś wyhaftować. Najpierw kupiłam za grosze w sklepie charytatywnym ze starociami kawałek wełnianej kanwy. Kiedy to było - sama nie pamiętam. Uwielbiam potencjał, który drzemie w tego rodzaju rzeczach - kłębek włóczki, pusta ramka, kawałek materiału... 

Potem pożyczyłam w bibliotece książkę, a właściwie różne książki z wzorami haftów krzyżykowych. Zawartość jednej z nich mnie zafascynowała i uznałam, że właśnie to się nadaje na moją wełnianą kanwę. Ale teraz pytanie - czym wyhaftować na wełnie, jakoś nie wydawało mi się, by mulina była odpowiednia, najlepsza byłaby wełna. Tego oczywiście nie miałam.  Ale nabyłam kiedyś zestaw włóczki akrylowej w różnych kolorach. No cóż kolory nie były niestety takie, jak na wzorze.

Zatem - tak wygląda pierwowzór
 a tak moja wariacja na jego temat:
jako że wymysliłam sobie, iż będzie to poduszka, trzeba było wymyślić jak całość powiększyć, więc obrobiłam cieniowaną wełną.

Wciągnęło mnie to krzyżykowanie, zatem zabrałam się za drugą, bo był jeszcze jeden kawałek takiej wełnianej kanwy.

A przedtem zrobiłam taką właśnie poduszkę szydełkiem. Jakoś tak poduszkowo się u mnie zrobiło.




 

sobota, 5 lipca 2014

Serweta - epilog

To znaczy zakończona naprężona i leży na stole. Wujcio stwierdził, że trzeba będzie uważać, by nie poplamić. Coś w tym jest, bo po praniu trzeba naprężać na styropianie, który leży w schowku pod dachem - a to on musi go wyciągać.

Pobyt nad Morzem Północnym zaowocował z kolei nazbieranymi muszelkami. Postanowiłam je jakoś wykorzystać i zrobiłam osłonkę na abażur - zwykła najzwyklejsza lampa z IKEA, stara, pozostała jeszcze po poprzednich właścicielach - dawno myślałam, by ją przerobić - i właściwie pomysł sam wpadł w ręce. Oto jak wygląda.

A właściwie zaczęło się od tego, że wzięłąm te muszelki, które miały już dziurkę i zrobiłam taki kawałek siatki, który w pierwotnym zamyśle miał być po prostu ozdobą do powieszenia - lubię sezonowe dekoracje, a na lato klimaty morskie wydają mi się najbardziej odpowiednie, zwłaszcza że nad morzem mieszkam i mieszkałam i to cały czas nad tym samym.
Wyszło coś takiego:
i po zrobieniu przypięłam to na lampie, z myślą że na chwilę i tak mi się to spodobało, że postanowiłam  lampę po prostu tak ubrać. Jestem z tego projektu zadowolona, gdyż jest oryginalny mojego własnego pomysłu i chyba można by to nazwać swego rodzaju sztuką.

Zwłaszcza że na wystawie "Sculpture at the sea" widziałam na przykład coś takiego:
robiące ni mniej ni więcej tylko właśnie za dzieło sztuki. Może brakuje mi skromności, ale uważam że moje nie gorsze w swej artystyczności. To co wyżej, to  w pierwszej chwili myślałam, że ktoś zgubił szalik.
 

czwartek, 29 maja 2014

Znów o serwecie na stolik

z dedykacją dla Splocika, która zwróciła uwagę, że 12 kwadratów (3x4) może być za mało - w związku z tym przymierzyłam serwetę na ten stolik, na który jest przeznaczona. 
Robienie z kwadratów ma tę zaletę, że wielkość można dopasowywać na bieżąco.
Wymyśliłam sobie, że z dłuższych boków serweta będzie zwisać trochę więcej, a z krótszych - mniej. 
Według wzoru będzie obrobiona łuczkami dookoła, zatem można swobodnie wyregulować ostateczną wielkość. Jestem również świadoma, że po naprężeniu będzie zdecydowanie większa - tak więc jestem dosyć spokojna o rozmiar.
A tak to wygląda na zdjęciu:






środa, 28 maja 2014

In statu nascendi czyli robótki rozgrzebane

Jakoś tak się złożyło, że mnóstwo mam rzeczy pozaczynanych, a nic nie skończone. 

Zacznę od szydełkowych - stwierdziłam, że szewc bez butów chodzi i nie mam żadnej serwety na niski stolik, a wymyśliłam sobie taką, by zakrywala cały stół, a nawet się trochę zwieszała. I dziergam - ma być 12 elementów, właśnie kończę powoli 9-ty. 
Po uformowaniu, naciągnięciu, lekkim usztywnieniu i wyprasowaniu powinno być ok, na razie wygląda tak:
Trochę się naszukałam wzoru, aż wybrałam duże ananasowe kwadraty.

Z kupionej już prawie rok temu włóczki - akryl, ale bardzo milutki i mięciutki - dziergam z doskoku - no właśnie jeszcze nie zdecydowałam się, co to będzie. Może pledzik?

A tu przy tymże pledziku koszyczek - kupuję je za grosze na różnego rodzaju targach staroci, maluję - najczęściej na taką złamaną biel - potem lakier i koszyczki wyglądają świeżo.

Malowanie koszyczków jest czynnością pracochłonną, bo by ładnie były pokryte, trzeba wziąć mały pędzelek i domalowywać w miejscach, gdzie wiklina się krzyżuje. Nigdy  nie da się pomalować tak, by nigdzie nic nie zostało, ale by osiągnąć dobry efekt, trzeba się nieźle napracować. Ja to zwykle biorę na kilka seansów.

Udało mi się upolować za małe pieniądze spory kosz, upleciony chyba z bambusu, mnie się bardziej podoba taki jasny

Poza tym kilka dekupażowych rzeczy czeka na lakierowanie:
puszeczka po orzeszkach
blaszana konewka i miska
kupione za grosze dwie skrzynki z klepek boazeryjnych - były nieoheblowane nawet chyba, wyszlifowane, pomalowane i z naklejonymi wzorami posłużą do przechowywania niewiarygodnych ilości posiadanych przeze mnie serwetek.
 
Tak więc będzie co wykańczać w najbliższym czasie.

Prawie gotowe są już obrazki na drewnianych plasterkach, pasują do rustykalnych wnętrz działkowych i podobnych:

wtorek, 8 kwietnia 2014

Najbliższ niedziela już palmowa jest


ależ ten czas zleciał, nie wiadomo kiedy!
Jak zwykle, mam za mało jajek, jak zaczynałam, w marcu, to mi się tak wcześnie wydawało!
A teraz w weekend zrobię chyba ostatnią partię.


Bardzo się starałam, by były inne niż w zeszłym roku.

A takie mam szydełkowe, będzie więcej


Kieliszki do jajek zwykłe drewniane wymalowałam wydekupażowałam, a na jajka zrobiłam kapturki