Followers

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Śliniaczek dla dziewczynki

Wczoraj była u nas przyjaciółka - zostawiła swojego pieska, który będzie z nami w czasie jej urlopu. Tylko czekać, kiedy urodzi jej się wnuczka, termin właściwie już jest. Wspomniała, że fajnie byłoby, gdyby wnusia dostała szydełkowy śliniaczek, więc go zrobiłam.





  

To dla jej pierwszego wnuka zrobiłam karuzelę i wiele innych zabawek szydełkowych.

W 2011 roku wychodziła za mąż wujcia siostra, już wtedy wg. dawnych standardów stara panna (wtedy 35 lat), za jeszcze starszego kawalera (42 lata). Do ślubu umyślili sobie jechać naszym samochodem, ale zaproponowaną dekorację - lalkę Barbie w szydełkowej sukni (taki sobie oldschool wymyśliłam) odrzucili z pogardą. Przykro mi bylo.
Ona mieszkała w naszym polskim mieszkaniu, tylko za opłaty, które są niewielkie. Po ślubie postanowili tam zostać, jednak w zeszłym roku w grudniu wyprowadzili się.
Zatem na gwiazdke byliśmy znowu sami u siebie. Szukając czegoś w szufladzie pod łóżkiem natknęłam się na zmięty i stłamszony szydełkowy sznurkowy koszyczek i szydełkowe jajka, które dałam im przy okazji Wielkanocy. Znowu bylo mi przykro, moglam przeciez dac komus, kto by sie ucieszyl.
Teraz będą chrzciny dziecka i choć urocze wydają mi się różne szydełkowe zabawki, ubranka itp. dla niemowlaków, nie zrobiłam nic - po prostu wiem, że nie każdy lubi i docenia, a może chodzi o to, że to ja? W ogole sie na nich zacielam i na te chrzciny nie chce mi sie jechac jak nie wiem co, a wujcio sie na mnie zlosci, ze przesadzam. On ma byc chrzestnym. Pewnie by chcial, bym cos zrobila, ale wie, ze nawet nie ma co wspominac.
No cóż, jestem wredna, pamiętliwa i małostkowa i choc rozumiem, ze niektorzy wala afront za afrontem tylko dlatego, ze w ogole sie nad tym nie zastanawiaja i nie rozumieja, o co komus chodzi, to jakos trudno mi to przyjac za dobra monete. Wiem, to moja wina ale nie moge sie przelamac.
Tak sie wiec pozalilam.


 


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Moje filiżanki do herbaty

Zainspirowana przez Monikę postanowiłam również uporządkować fotograficznie i pokazać moją kolekcję filiżanek do herbaty, które lubię i zbieram. Ze względu na brak miejsca postawiłam sobie pewne ograniczenia: że kolekcjonuję tylko filiżanki do herbaty (bo do kawy mam dość, a używa się niezwykle rzadko) i kupuję je tylko, gdy są w bardzo przystępnej cenie. Dzięki temu moja kolekcja rośnie powoli.
A należą do niej:

Dwie malutkie filiżaneczki Rosenthal Victoria plus mlecznik. Bardzo malutkie, więc niezbyt praktyczne, ale za to przecudne.


To już pełnowymiarowa, biała ze złoceniami, filiżanka mniej znanej niemieckiej firmy Tielsch-Altwasser - a to dlatego, że po wojnie fabryka znalazła się w Polsce i nazywa się Wałbrzych. Sądząc po logo, filiżanka została wyprodukowana między 1931-1939



A to filiżanka z Royal Doulton - dosyć zniszczona, jednak bardzo mi się podoba. Sądząc po logo, została wyprodukowana pomiędzy 1902-1922
Royal Doulton marks
  Royal Albert - to chyba filiżanka, sądząc po kształcie, bardziej do kawy. Nie taka stara, prawdopodobnie wyprodukowana w okresie 1960-70.

A to chyba pierwsza z mojej kolekcji, kupiłam ją na wyprzedaży garażowej w Kanadzie


 Ta filiżanka poniżej to chyba porcelana niższej klasy, typu do codziennego użytku


A to filiżanki no name, bez żadnego logo, ale podobały mi się, a przede wszystkim są całe białe, bez logo, więc nadają się do zmywania w zmywarce. Zwłaszcza, że mam serwis do kawy Chodzieży Kamelia - filiżanki ze spodeczkami, talerzyki deserowe, mlecznik, dwa dzbanki - do kawy i herbaty, cukiernicę talerz do ciasta i trzy półmiski. Takie filiżanki mam trzy sztuki. 


A to trzy z Bavarii 





Napotkałam swego czasu kilka filiżanek (w dwóch wielkościach) do kawy ze spodeczkami oraz cukiernicę z serii Maria Rosenthala - białe, bez złoceń i ze względu na wyjątkowo niską cenę nie mogłam się oprzeć. Nie wiem, czy udało mi się właściwie je zidentyfikować, ale pochodzą chyba z lat 1930-tych lub 40-tych

piątek, 12 kwietnia 2013

Czy to aby na pewno juz kwiecien?

Najpierw ostatnie wspomnienia Wielkanocy, ktora bardziej przypominala Boze Narodzenie, biorac pod uwage ilosc sniegu.


A na swiecie dalej zimno, chwilami deszczowo niestety, dobrze, ze chociaz mroz ustapil, ale jeszcze w poniedzialek zamarzly mi przerzutki w rowerze.

Jakis czas temu nabylam, wcale nie tanio, wloczke bedaca paskiem dzianiny, nieco elastycznej, szczerze mowiac niezbyt tani to surowiec, zwlaszcza ze pochodzi z odpadow przy produkcji t-shirtow czy innych tego typu wytworow. Kupilam dwa takie zwoje i w koncu zrobilam z nich pokrowce na waleczki, ktore z kolei za grosze kupilam w sklepie z uzywanymi rzeczami. Zuzylam material praktycznie co do centymetra, a efekt jest taki:
W ogole weszlam w okres poduszkowy, nakupilam poduszek, poza tym mam taki okragly fotelik, czerwony, wiec zupelnie nie pasuje mi do pokoju, zatem chce zrobic na niego przykrycie. Jestem tez w trakcie robienia zazdrostki na okno w pokoiku moim no i oczywiscie pracuje nad moja narzuta. Strona wierzchnia skonczona, bo materialu nawet wiecej nie ma, ale po malutku robie sobie kwadraty na drutach, idzie piaty, a ma byc ich ze 30. Myslalam nawet, by zatrudnic moja babcie do tych kwadratow, ale nie wiem, czy to ma sens. No i materialu tez nie mam tyle, ile by bylo potrzeba. Jezeli w ogole kiedykolwiek uda mi sie ja skonczyc, to bedzie bardzo ciezka. Poniewaz to narzuta, a nie pled, to chyba nie przeszkadza.

Poza tym jestem w trakcie robienia wielu naraz dekupazowych rzeczy. Jezeli mozna tak sie wyrazic, to weszlam w okres turkusowy czy cos w tym stylu. Ale o tym bedzie w nastepnym rozdziale...